W ostatnich dniach media pełne są dyskusji na temat katastrofy smoleńskiej. Tryumfalny come back tematu katastrofy albo zbrodni smoleńskiej zawdzięczmy naszym specjalistom od odczytywania taśm z instytutu w Krakowie, którym udało się „odczytać” kilka do tej pory niezidentyfikowanych słów zarejestrowanych w kabinie TU-154M podczas feralnego rejsu. Piszę „odczytać” w cudzysłowie, gdyż inni specjaliści tego nie odczytali, i nie wiadomo, na dobrą sprawę, komu wierzyć. Załóżmy, że to krakowscy specjaliści maja rację.
Prezes PIS-u, i brat prezydenta, który zginął w katastrofie (razem z 95 innymi osobami) od razu ogłosił ze miał rację albowiem specjaliści zakwestionowali rozpoznanie głosu generała B., dowódcy wojsk lotniczych. Według prezesa – brata, ostatecznie obala to obwiązujące wyjaśnienie katastrofy lotniczej o zgubnym nacisku wywieranym przez generała (i w domyśle brata - prezydenta) na załogę, która to presja była jednym z czynników prowadzących do katastrofy. Sfora posłów PIS-u zgodnie popędziła do mediów, udzielając wywiadów na prawo i lewo z prostym przesłaniem. Prezydent niewinny, generał B. niewinny, załoga niewinna, polskie lotnictwo wojskowe niewinne a winny… Oczywiście. Winni są tylko i wyłącznie Rosjanie. I zaczęły latać w powietrzu żądania przeprosin, od wdowy – żony generała B., od wdowy – żony pilota kapitana P. Najważniejsze od prezesa… żeby prezydent się pokajał, żeby premier ustąpił. Żeby wszyscy, co zwątpili włożyli włosiennice i posypali głowy popiołem. Niestety, wkrótce wyszły na jaw inne ustalenia, które obaliły ten wspaniały obraz, zgodnie którym nasi, a szczególnie Prezydent – Męczennik, są niewinna ofiarą zbrodni obcych. Okazało się, ze na taśmach z kabiny TU-154M zarejestrowano głosy siedemnastu różnych osób! Jak to możliwe? Policzmy. W kabinie było czterech członków załogi: dwóch pilotów, nawigator i mechanik pokładowy. Plus jedna stewardesa, wyznaczona do kontaktów z załogą. Powinno być słychać głosy najwyżej 5 osób. Skąd się wzięli i kim jest tych 12 ludzi, którzy wleźli do kabiny w krytycznym momencie podchodzenia do lądowania? Wydaje się, ze drzwi do kabiny pilotów w prezydenckim samolocie to był jedynie niepotrzebny balast. Były zawsze otwarte na oścież dla wszystkich. Były a jakby ich nie było.
Obraz widomy na odczytanych taśmach, wbrew marzeniom prezesa, jawi się gorzej niż w okrzyczanym jako kłamliwym raporcie strony rosyjskiej. W krytycznym momencie, w krytycznej, ostatniej pól godzinie, gdy uwaga załogi musi być skupiona, całkowicie skoncentrowana na lądowaniu, kabina pilotów prezydenckiego samolotu zamienia się w poczekalnię autobusową. Każdy, kto chce, wschodzi i wychodzi. I gada. I rajcuje. Jak załoga, jak piloci mieli się skupić na lądowaniu i śledzeniu wskazań przyrządów, gdy przez kabinę pilotów nieustannie przewijali się Ważne Osoby, i każda wymagał by JEJ poświęcić uwagę? W kabinie hałas, harmider, zamieszanie, wchodzą i wychodzą Ważne Osoby. Sytuacja wypisz wymaluj jak z polish joeks. Jak tu się skoncentrować na przyrządach? Nie dziwi, że piloci odczytywali wysokość z niewłaściwego przyrządu. W takich warunkach… Piloci doskonale wiedzieli, ze na lotnisku w Smoleńsku pogoda jest paskudna, jest gęsta mgła, lotnisko nie ma przyrządów nawigacyjnych a lądowanie będzie bardzo ciężkie. A przecież dowódca kapitan P. nie wyrzucił „gości” za drzwi, nie zamknął drzwi. Jego wina – kapitana P. – gdyż miał do tego pełne prawo. I powinien był tak uczynić. Przeprosiny nieboszczka – kapitana P. są co najmniej zdecydowanie przedwczesne.
Jest tu widoczna zdumiewająca niefrasobliwość. Jakaś niewytłumaczalna pewność siebie, niewiarygodne przeświadczenie, że jakoś to będzie. Że nigdy nie jest tak, by jakoś nie było. Że prezydencki samolot, z prezydentem na pokładzie nie może się rozbić. Że ich nie obowiązują normalne reguły. Że mają specjalną polisę od Pana Boga, że mają drugie życie w zapasie. Istotnie, do 10 kwietnia 2010 roku nie zdarzyła się katastrofa samolotu z prezydentem. Te które się zdarzyły były wynikiem celowej działalności, np. sabotażu. Jak katastrofa samolotu z prezentem Burundi, zestrzelonego przez własne wojska. Smutne, nawet ciemni Murzyni z Afryki – tylko co oderwani od kóz – nie rozbili samolotu ze swoim prezydentem na pokładzie, jak to uczynił nasi „doskonali” piloci.
Prawda niestety jest przykra. Samolot rozbił się w Smoleńsku ponieważ od lat Ważne Osoby traktowały samoloty jako powietrzne taksówki, mające ładować wszędzie tam, gdzie zażyczy sobie Persona. Piloci z premedytacją łamali wszystkie możliwe procedury, dowództwo o tym wiedziało i na to pozwalało. Ci co się sprzeciwiali i głupio upierali się przy jakiś przepisach wylatywali, a ci spolegliwi awansowali. Katastrofa w Smoleńsku jest symptomem bardziej ogólnej choroby – choroby niebieskich kogutów. Choroby doskonale widocznej w Rosji, w krajach postsowieckich, i w Polsce również. Ważne Osoby wsiadają do swoich limuzyn i pędzą na sygnale, z włączonymi niebieskimi kogutami na dachach aut nie patrząc na innych, na sygnalizację, na to czy jadą pod prąd, czy też zgodnie. Mają prawo do niebieskich kogutów, więc pędzą na złamanie karku, mając gdzieś wszystkie przepisy. Im wolno, maja prawo. Wszyscy musza im ustąpić. Sowiecka tradycja, w której tym wyżej wolno więcej. Im kto wyżej, tym wolno mu więcej. A ci na samej górze są jak bogowie – im wolno wszystko. Podobnie było w rządowych samolotach. Samolotach z niebieskimi kogutami. Weźcie zakompleksionego, sfrustrowanego prezydenta, myślącego jedynie o właściwym i głośnym otwarciu kolejnej kampanii prezydenckiej w narodowym sanktuarium; generała – karierowicza zatroskanego o swą karierę i przyszłość; pilota marzącego o spokoju i przetrwaniu jeszcze roku w tym małpim cyrku, o awansie – potem przejściu do cywila i prowadzeniu cywilnych maszyn; weźcie kontrolerów rosyjskich, którym wpojono sowiecka zasadę, ze prezydentowi nie wolno się sprzeciwić. Do tego dodajcie gęstą mglę, fatalnie wyposażenie lotniska… I macie prosty przepis na katastrofę.
Jednak również Bardzo Ważne Osoby obwiązują te same prawa natury, co wszystkich. Nie umieją oni chodzić po wodzie, ani wylądować na lotnisku w całkowitej mgle. Nie mają drugiego życia w zanadrzu. Nie warto wierzyć w moc niebieskiego koguta. Bo można skończyć tak jak skończyć jak nasz były prezydent, jako rozkawałkowane, spalone zwłoki, w roztrzaskanym samolocie zarytym w smoleńskim błocie.
Wiem, że te wnioski mogą się niektórym nie podobać. Wyznawcy nowej religii, o świętym męczenniku – Prezydencie, o elitach wymordowanych na Wschodzie, o nowym Katyniu, o spisku, o relikwiach smoleńskich, o cudach i znakach. Nie te relikwie, nie ci święci, nie ta wiara. Dla mnie prezydent Lech Kaczyński był marnym, kłótliwym prezydentem, całkowicie nieskutecznym, goniącym za mrzonkami. Skupionym całkowicie na swym bracie i swej partii. Pamiętam jego wiecznie zagniewaną twarz, jego ciągłe pretensje, o to że został obrażony, że ktoś go akurat obraża, albo obrazi w przyszłości. Że ten dziennikarz coś złego o nim napisał, a tamten polityk coś powiedział. I te ciągle zadania przeprosin. Gdy sam nie przepraszał za nic. On, i jego brat, byli, są i będą zawsze niewinni. I jego śmierć nie zmienia tego obrazu. Nawet go potwierdza.
Ale niektórych nic nie przekona. Oni nie Myślą, oni wiedzą. Oni poznali całą i jedyną, i absolutną PRAWDĘ. Niektórzy są nieprzemakalni. Mają łby jak młoty, mogą nimi kruszyć mury. Niech trwają przy swoim. Szkoda życia. Jak wiara, tacy wyznawcy. Już Puszkin mawiał, ze z niektórymi nie wolno dyskutować.

