Zabijano w nocy, później, gdy Niemcy już się zbliżali mordowano również w dzień. Funkcjonariusze i współpracownicy NKWD na swój sposób „czyścili” więzienia z wrogów państwa radzieckiego. Zgodnie z rozkazem szefa NKWD Ławrentija Berii z 24 czerwca 1941 roku więźniowie polityczni nie mogli żywi wpaść w ręce Niemców; a już wcześniej w więzieniach NKWD zamordowano tysiące więźniów. Pamiętnego dnia 22 czerwca 1941 roku Niemcy hitlerowskie zaatakowały swego, już byłego, najbliższego sojusznika - Związek Sowiecki. Fala niemieckich żołnierzy i czołgów przelała się przez granicę, ale pozostały odcięte enklawy a w nich więzienia rządzone przez NKWD. Tego samego dnia sowieckie NKWD rozpoczęło masowe mordy więźniów. Gdzie byłą taka możliwość, więźniów ewakuowano. Pod ścisłym kordonem funkcjonariuszy NKWD pędzono więźniów w marszach śmierci. Słabych zabijano na miejscu, drogi konwojów więźniów wyznaczały trupy zabitych więźniów. Tam, gdzie Niemcy przecięli drogi, i więźniów nie można było wywieźć Rosjanie mordowali więźniów. Tylko w lwowskich więzieniach: na Brygidkach, Zamarstynowie, przy ul. Łąckiego, funkcjonariusze NKWD wymordowali około 7000 mężczyzn i kobiet. Gdy Niemcy wkroczyli do Lwowa, zastali tylko stosy ciał. Więźniów mordowano różnymi metodami, zależnie od możliwości: pojedynczo strzałami z broni palnej i grupowo seriami z karabinów maszynowych, stłoczonych w celach rozrywały wrzucone granaty, więźniów wieszano, topiono, duszono, truto, palono żywcem lub żywcem zamurowywano w piwnicach. Sowieci, Rosjanie – funkcjonariusze – oraz miejscowi współpracownicy NKWD dopuszczali się najdzikszych okrucieństw. Z zeznań pewnego Żyda, którego wraz z innymi Żydami Niemcy zapędzili do porządkowania tamtejszego więzienia po zajęciu Borysławia: „Masy trupów. Część z tych trupów kazali myć. [...] Te trupy nie były zakopane. Były one przysypane ziemią na 5, 10 cm. To wszystko były poza tym świeże trupy … ludzie zaaresztowani tydzień lub 10 dni wcześniej. Tam był też Kozłowski i jego starosta (powinno być: siostra). Siostra, ona miała jakieś 16 lat, miała wyrwane sutki, jakby obcęgami, twarz miała spaloną [...]. Natomiast on jednego oka w ogóle nie miał, a drugie miał zapuchnięte, usta też miał zszyte drutem kolczastym, ręce miał spalone, a zarazem zmiażdżone [...], W sumie tych trupów było jakieś kilkadziesiąt.”[1].
Częstą metodą mordowania więźniów było uderzenie młotem w potylicę, w głowę. Ludzi masowo mordowano tak, jak się zabija kapie na Wigilię. Nawet karpie nie zabija się tak bestialsko, jak Sowieci mordowali swoich więźniów. Tak wymordowano m. in. więźniów w więzieniu w Dobromilu oraz w pobliskiej kopalni soli „Salina”, obecnie tuż za polską granicą. Szacuje się, że Sowieci i ich pomocnicy jedynie w tych dwóch miejscach wymordowali od 500 do 1000 więźniów z więzienia w Dobromilu oraz ewakuowanych z Przemyśla, głównie mężczyzn, ale również grupę kobiet. W kopalni soli sprawa była prosta: „Skrępowanych drutem mężczyzn Sowieci ustawiali nad głębokim szybem. Potem funkcjonariuszki NKWD uderzały ich w głowy młotami do rozbijania kamieni. Ofiary spadały na dno szybu. Ci, którzy byli tylko ranni, topili się w solance lub dusili pod kolejnymi warstwami ciał.” [2]. W Dobromilu mordu nie udało się ukryć: „Mordowano ludzi na dziedzińcu, na schodach, w celach. Mieszkańcy miasta słyszeli zza muru straszliwe krzyki zabijanych i wystrzały” [2]. Zabito tu od 120 do 180 więźniów. Ale kilka osób przeżyło masakrę. Jeden z nich: „Władysław O. postrzelony przez funkcjonariusza NKWD w nogę. zdołał wyjść na strych i ukryć się. Po odczekaniu kilku godzin otworzył właz prowadzący na schody, zszedł na piętro, a następnie na parter i opuścił więzienie w Dobromilu. W trakcie pobytu na strychu widział on mieszkańca Dobromila narodowości żydowskiej o nazwisku K. uderzającego w więźniów żelaznym młotkiem osadzonym na pogrzebaczu.” [3] Mordercą był miejscowy Żyd, znamy dzięki trosce IPN-u tylko inicjał jego nazwiska – K. Swoją drogą dziwne jest, że Instytut Pamięci Narodowej tak troskliwie ukrywa nazwiska zbrodniarzy. Jakby się nie nazywał, nazwijmy go Józef, jak Józef K. bohater słynnej powieści Franza Kafki. To ten Żyd, Józef K., roztrzaskiwał więźniom głowy pięcio kilowym młotem osadzonym na długim, żelaznym trzonku.
Mordy więźniów na Kresach na przełomie czerwca/lipca 1941 roku dokonane przez Sowietów są znane, opisane i… całkowicie zapomniane, również w Polsce. Z masy 40 tys. więźniów, NKWD zdołała wymordować około 35 tysięcy; około 90 %, świetny rezultat biorąc pod uwagę warunki: ogólny chaos, załamanie się władzy sowieckiej i błyskawiczne postępy Niemców. W więzieniach zamordowano około 15 tys., w „marszach śmierci” – 20 tys. więźniów. Przeżyli ci, którzy dożyli przybycia Niemców. Swoistym paradoksem jest to, że niemiecki Wermacht uratował tysiące więźniów. Już wkrótce Niemcy uruchomili swój własny mechanizm zagłady. Maszynka do mielenia ludzi na Kresach ponownie ruszyła. Ale zmienili się operatorzy maszyny i główny towar do mielenia. Sowietów zastąpili Niemcy, zaś Polaków zastąpili Żydzi. Więźniami byli w przeważającej mierze Polacy i Ukraińcy, choć byli i inni: Białorusini, Rosjanie, Niemcy czy nawet Żydzi, ale to był znikomy odsetek ogółu; biorąc pod uwagę strukturę narodowościową aresztowanych, można przyjąć, że około 3/4 zamordowanych to byli Polacy. W ciągu tygodnia czy dwóch, Sowieci, Rosjanie, wymordowali około 25 tys. Polaków, więcej niż przez całą wiosnę poprzedniego roku w Katyniu, Charkowie, Miednoje i innych miejscach. I więcej i w nieporównanie bardziej bestialski sposób. Dodatkowe tysiące wymordowano na rozkaz Ł. Berii w więzieniach w Rosji, bo i tam szukano wcześniej wywiezionych więźniów z Kresów, by ich wymordować. Kolejny, zapomniany Katyń na Wschodzie.
W tym tekście pragnę się skupić na sprawcach, nie na Sowietach, oficerach i żołnierzach NKWD, ale na ich miejscowych pomocnikach. Przykładem będzie ów Żyd z Dobromila, oprawca z młotem w ręku: Józef K. Kim on był? Jakie trzeba mieć cechy charakteru, żeby zamordować dziesiątki, setki ludzi ciosem młota w głowę? Ów oszalały rzeźnik z młotem w ręku to końcowy etap długiego procesu. Procesu trwającego, co najmniej, dwa lata. Pokuszę się o naszkicowanie tego procesu wiodącego od normalnego człowieka do masowego i bestialskiego mordercy. Będzie to projekcja wyobraźni, lecz, myślę, nieodległa od prawdy. Józef K. był jednym z masy żydowskich kolaborantów nowej, sowieckiej władzy. We wrześniu 1939 roku razem z kolegami budował bramy tryumfalne witające żołnierzy Armii Czerwonej. Później wspierał nowa władzę w ludowej milicji, składającej się z Żydów i Ukraińców. Po rozwiązaniu milicji, zaufanym, najwierniejszym towarzyszom żydowskim powierzono pracę na najtrudniejszym odcinku: pracę w organach bezpieczeństwa. Wykorzystując znajomość jeżyka oraz środowiska polskiego, powierzono im infiltrowanie wrogich środowisk, znaczy szpiegowanie Polaków, najgroźniejszych wrogów nowej władzy. Józef K., jak wielu jego pobratymców, został konfidentem, donosicielem NKWD. Donos w tych czasach był straszną bronią. Oznaczał aresztowanie, potworne tortury i pośpieszną egzekucję. Albo, w najlepszym razie, zesłanie na Syberię i powolną i straszną śmierć z głodu, zimna i pracy ponad siły. Oprócz samego obwinionego, rewolucyjna sprawiedliwość dotykała również jego najbliższych. Bez litości stosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej, Rodzina karana była za grzechy jednego. Aresztowano i deportowano do obozów pracy całe rodziny „kontrrewolucjonistów”. Jak się szacuje w latach 1939 – 1951 wywieziono około 1.5 mln Polaków na Syberię i do Azji środkowej. Wróciła mniej niż połowa. Pośród nich były i owe niezliczone ofiary donosów swoich żydowskich sąsiadów.
W agenturze NKWD dominowali żydowscy konfidenci, żydowscy kolaboranci. Z pasją wydawali na śmierć i wywózkę swoich polskich sąsiadów. I nie tylko Polaków, również Ukraińców, Łotyszy na Łotwie, Litwinów na Litwie…, Dlaczego to robili? Na Kresach, po kampanii wrześniowej, pozostała żydowska biedota. Duża rolę odgrywała zapewne zadawniona nienawiść i poczucie krzywdy powszechne pośród Żydów. Ale głównie Żydzi wydawali swoich nieżydowskich sąsiadów dla zysku, dla dobytku, dla domów, mieszkań, czy choćby ubrań i nagród. Domy, z których wyrzucano Polaków, czy wywieziono na Sybir, zajmowali Żydzi; posady, zwolnione przez Polaków, zajmowali także głownie Żydzi, a była to biedota. Były to swoiste żydowskie złote żniwa, kosztem eksterminowanych Polaków, swoiste, bo w kraju, gdzie nie uznawano własności prywatnej. Ale i w stalinowskich sowietach można się było obłowić kosztem ofiar. Józef K. był jednym z masy żydowskich konfidentów NKWD. Spotykał się, udawał przyjaciela, by powtórzyć donosić, wydać… Świetny pracownik. Aż został zdemaskowany. Wszyscy dowiedzieli się, kim jest. Nikt już z nim nie rozmawiał, nic nie mógł donieść. Zdekonspirowany donosiciel jest bezużyteczny. I zagrożony zemstą krewnych swoich ofiar. Ale miejscowy naczelnik NKWD docenił zaangażowanie i pryncypialność Józefa K. Józef K. został etatowym pracownikiem organów bezpieczeństwa, założył upragniony czarny mundur czekisty, lub objął posadę strażnika w miejscowym więzieniu. Co by nie robił, Józef K. z gorliwości neofity wykonywał obowiązki czekisty: wyrywał paznokcie, miażdżył genitalia, łamał ręce i nogi przesłuchiwanym wrogom ludu… I żył dobrze, dostatnio i bezpiecznie aż do pamiętnego dnia… 22 czerwca.
Tego dnia uporządkowany świat Józefa K. rozpadł się na kawałki, rozerwany przez niemieckie bomby i pociski artyleryjskie. Jego świat został zniszczony. Niezwyciężona Armia Czerwona uciekała w panice, a on został z towarzyszami z organów, sam, w więzieniu, miejscu pracy i takich… dokonań. Wiedział, że więźniowie go znają z imienia i nazwiska, że lada dzień wkroczą tu Niemcy, że nie uniknie odpowiedzialności za swe uczynki… Z niektórymi chodził do jednej szkoły, spotykał na ulicach… Co będzie, gdy wkroczą tu Niemcy? Co stanie się z nim? Z jego rodziną? Nie. Nikt, żaden więzień nie mógł pozostać żywy. Trzeba świadków, wszystkich, wysłać do ziemi.

Ofiary mordów. Mieszkańcy Lwowa szukają i znajdują swoich bliskich pośród ofiar masakr NKWD. Więzienie przy ul. Łąckiego, początek lipca 1941 roku, Lwów.
Gdy padł rozkaz naczalstwa, Józef K. pierwszy się zgłosił. Nie przeraziło go nawet to, ze nie ma amunicji i te gady trzeba wybić młotem. Józef K. chwycił za młot. I bił, mordował, rozbijał potylice, miażdżył głowy bez wytchnienia, nie ustając, jak w krwawym widzie… Dla siebie bił, dla swoich, dla swojej rodziny, dla przyszłości. Żeby nie pozostał świadek. I udałoby mu się, gdyby jeden z więźniów nie uciekł na strych.
Fantastyka? Wydumana historia, wzięta z sufitu, całkiem nieprawdopodobna? Inny Józef, Józef Różański, właściwie Józef Goldberg (1907-1981) w 1939 roku wstąpił do NKWD. Przeniesiony do Lwowa; przesłuchiwał, torturował, męczył ludzi na śmierć. Po ataku Niemiec, Józef Różański – funkcjonariuszy NKWD – mordował więźniów w więzieniach lwowskich… To między innymi jego autorstwa, czy współautorstwa, są te góry trupów utrwalone na starych kliszach… Józef Różański nie poniósł żadnej kary za swoje zbrodnie z lat 39 - 41. Zmarł na raka i został godnie pochowany na cmentarzu żydowskim na ulicy Okopowej w Warszawie. Czym się różni Józef K. z małego więzienia w Dobromilu od Józefa Goldberga ze stołecznego prawie Lwowa? Tym, że jeden strzelał a drugi tłukł młotem? Zbrodniarze hitlerowscy ukrywają się, przeprowadzają, zmieniają tożsamość. Po śmierci chowani są pod fałszywymi nazwiskami. Zbrodniarze stalinowscy niczego się nie obawiają, chowani są zwyczajnie, pod swoim własnym nazwiskiem, jako ogólnie szanowani obywatele, swojej małej społeczności, dumni ze swych „dokonań”. I nic nie zakłóca ich… spokoju.
Grób masowego mordercy, nagrobek Józefa Różańskiego (Józefa Goldberga) na cmentarzu żydowskim w Warszawie.
http://cemetery.jewish.org.pl/id_40420/info/_J%C3%B3zef_R%C3%B3%C5%BCa%C5%84ski.html
Po opanowaniu wschodnich ziem Rzeczypospolitej przez niemiecki Wermacht, od Tallina na północy po Odessę na południu na obszernych ziemiach byłej Rzeczypospolitej ruszyła sterowana i wpomagana przez Niemców fala odwetu: pogromów i mordów Żydów, których zginęło kilkadziesiąt tysięcy. Taki był początek zagłady Żydów. Żydzi z katów zamienili się w ofiary, z morderców w mordowanych, z donosicieli w tych, których wydawano. Mordowała zazwyczaj miejscowa ludność, przy współudziale a często inicjatywie Niemców. W samym Lwowie Niemcy i Ukraińscy nacjonaliści wymordowali cztery tysięcy Żydów. Niewinnych ludzi. Winni zbrodniom Żydzi: donosiciele, konfidenci, funkcjonariusze NKWD dawno zdążyli uciec. Zwykli Żydzi zapłacili straszną cenę za zbrodnie swoich współbraci. W tym masowym szale zabijania Polacy brali najmniejszy udział, a przecież symbolem tych wydarzeń stała się płonąca stodoła w Jedwabnym, gdzie miejscowi Polacy spalili swoich żydowskich sąsiadów. Rzekomo za nic, ot tak, bez żadnej przyczyny, jak twiedzi kanoniczny mit Holocaustu. Z wrodzonego antysemityzmu i żeby Żydów obrabować.
Płonąca stodoła w Jedwabnym stała się narzuconym symbolem tamtych strasznych wydarzeń. Jedynie słusznym symbolem. Ale wcześniej były m. in. masakry NKWD i marsze śmierci. Zagłada i kaźń milionów ludzi. Ważne, co było wcześniej, a co później, co przyczyną a co skutkiem. Dla mnie symbolicznym obrazem jest również wizja tego oczadziałego od krwi oprawcy, Józefa K. z więzienia w Dobromilu. Oszalały z nienawiści, strachu i gniewu, zadyszany i zziajany, spocony, pokryty krwią, obryzgany mózgiem i odłamkami czaszek, stojący w strugach krwi pośród wrzasków, krzyków i jęków mordowanych ludzi – ów Żyd, morderca, z młotem w ręku.
Obraz jak z piekła. Bo piekłem stała się ta ziemia dla wszystkich swoich mieszkańców.
[1]"W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali". Polska a Rosja 1939-42. Wybór i opracowanie Jan Tomasz Gross, Irena Grudzińska-Gross. Wyd. I krajowe Warszawa 1990,
[2] Piotr Zychowicz, „Zapomniana zbrodnia w kopalni soli”, http://www.rp.pl/artykul/677363_Zapomniana_zbrodnia_w_kopalni_soli.html?p=1
[3] Informacja okresowa OKBZPNP w Rzeszowie, stan na styczeń 2010, stan na lipiec 2010


